Jeśli zdarzy wam się kiedykolwiek zobaczyć jakąś matkę, która usiłuję rozruszać rano marudzące dziecko – popędza małego, ostrzega, krzyczy, żeby wstawał z łóżka, żeby się umył, żeby zjadł śniadanie, żeby wyszedł do szkoły – przyrzeknijcie sobie solidnie, że sami nie popadniecie nigdy w takie tarapaty. Marudne dziecko nie przyszło z tym na świat. Cecha ta wyrabia się w nim stopniowo, zapewne w wyniku nieustannego popędzania („Pośpiesz się z tym obiadem!” „Ile razy mam Ci mówić, żebyś się szykował do łóżka?” itd.).
Łatwo wpaść w nawyk wiecznego popędzania dziecka, na co ono odpowiada biernym oporem. Rodzice twierdzą, że muszą gderać, bo inaczej nic nie będzie zrobione. To rzeczywiście błędne koło, ale zaczyna się od rodziców, zwłaszcza tych niecierpliwych, bądź tak zajętych, że nie uwzględnią powolnego tempa dziecka i nie dadzą mu dość czasu na wykonanie czynności. W pierwszych latach, dopóki dziecko nie potrafi wywiązać się w pełni z otrzymanych poleceń, trzeba przekserować nim przy codziennych zajęciach. Gdy dorośnie na tyle, by przejąć na siebie określone czynności, rodzice powinni zniknąć ze sceny jak najprędzej. Jeśli malec zacznie tracić kontrolę i zapominać o różnych rzeczach, znowu można go przypilnować. Gdy zaczyna chodzić do szkoły, powinien myśleć, że jego sprawą jest znaleźć się tam na czas.
Copyright @ 2010 Macierzyństwo